Rano było nieźle. Zjadłem, ogarnąłem się i pojechałem na 10:40 na lotnisko po Greków. Tu się akurat wszystko odbyło słusznie: przyjechali z lekkim poślizgiem, ale rozdałem ich i odwiozłem starych do hotelu. Nie mogłem znaleźć miejsca, stuknąłem coś tyłem, ale dało radę. Załatwiliśmy kasę i bilety i wróciłem do domu. Dobrze, że o 13 odwołana została wizyta, bo bym nie zdążył... Poszliśmy na zakupy, zjedliśmy i przyszła Agata z siostrą obejrzeć mieszkanie. Siostra robiła hardą minę, ale widać, że jej się podobało :P Przed 18 byłem po Turków, ale Rumuni przybyli 40 minut później i wyszli pierwsi... Oddałem ich rodzinom i czekamy na Turków. Nie dość, że ich przetrzepali, to jeszcze wyszli złym wyjściem :P Odwiozłem Rumunki do hotelu, Turków wziął Mroziński i się udało, również z biletami. Choć długo to trwało, spóźniłem się na Master Chefa i zaczął padać marznący deszcz - a ja bez opon zimowych... Na 23 jechałem po Portugalczyków, szklanka na ulicy, jechałem 40 km/h... Przyjechali, wyszli długo potem i też złym wyjściem. Finalnie byłem w domu o 1:30...

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz