piątek, 27 lipca 2018

27.07.2018

Rano pobudka i w panice na egzamin. Ciężko było znaleźć miejsce, ale udało się na Kopernika, na tyle, że weszliśmy do kuratorium razem z Alą. Gosia poszła zdawać, a my z Kajką polecieliśmy po kwiaty - udało się w ostatniej chwili ;) Potem z Alą na kawę i do domu, bo przecież zdała śpiewająco - Czarek zdał też, ale kiepściutko... Ogarnęliśmy się i pojechaliśmy na spacer do centrum. Zaparkowałem na Międzyparkowej i polecieliśmy do cioteczki Tu, głodni już jak piorun. Potem spacer, lody (wszak ponad 30 stopni) i na 17 wróciliśmy do domu. Żona obiecała młodej wspólne zajęcia, ale... zasnęła... Norma. Wieczorem pograła z nią w grzybki, nareszcie... A wieczór minął pod znakiem jarania się zaćmieniem księżyca (tati, zakochałam się w tym księżycu!), piciem Sheriddansa i pisania Służewca. Może skończę? 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz