Ranek był bardzo pracowity - pakowanie do końca i sprawy bieżące i na koniec szybki transfer do Port-Spinu. Z Andrzejem wybraliśmy wyjazd: miało być Maroko, bo taniocha, ale wpadła nam w oko Macedonia. Jedziemy do Ochrydy! Jeszcze zadzwoniłem do Tomka, czy jednak nie chcą jechać i ruszyłem na podbój Bułgarii. Zanim się pozbieraliśmy na lotnisku, trochę potrwało. Maryla już na miejscu, ja w strachu, że Pola nie jest zmieniona, ale na szczęście Maciek potwierdził, ufff... Ale gładko nie poszło, bo zgłosił wszystkich jako dorosłych i trzeba było poprzesadzać dzieci, opóźnienie było z 40 minut. Ale dotrwaliśmy, odebrał nas śliski rezydent, Chory Gregory i późnym wieczorem mogliśmy opaść... Jejku, jak to cały czas tak będzie, to koniec...

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz