Odprowadziłem młodą - pojechała na wycieczkę na farmę. W pracy poszło szybko, nawet pomimo dwóch zastępstw. Łukasz zgubił wczoraj nie tylko kluczyki do samochodu, ale i szkolny aparat, co za gość... Po pracy poleciałem na Mokotów, oblecieć resztę drugiego spaceru, pogoda nadal przepiękna. Wracając, zahaczyłem o sklep, Gosia zrobiła obiad i wysłała mnie po Kajkę. Nie chciało mi się, bo się zlazłem, ale byli już w przedszkolu. Chciała siedzieć na placyku, ale na szczęście Kazik już się zwijał i poszło bezboleśnie :) Do żony przyszła wreszcie Majka, siedziały i rzeźbiły, ja próbowałem przysnąć, ale młoda mnie szarpała, żebym z nią zagrał w piłkę... No i na koniec musiał być Tytus, wkręciła się :)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz