Niby wstałem odpowiednio wcześniej, ale poranek był pasmem nieszczęść. Rano miałem niezauważenie wyrzucić butelki z plecaka, ale oczywiście żona znalazła je w plecaku. Nigdy go nie rusza, ale teraz akurat musiała zachcieć go przełożyć i zabrzęczało. Bo kapeć był pod nim. Rany... Ile wydziwiania było... Potem 20 minut przeleciało mi przez palce i okazało się, że nie ma czasu. 112 mi uciekło, ale podjechała 11. To podbiegłem i przeskoczyłem barierkę. Znaczy chciałem, ale zjebałem się jak debil na chodnik. Kurwa. Zbiłem sobie bok i łydka mnie bardzo boli... Dojechałem do metra, ale metro mi spieprzyło sprzed nosa. Następne za 8 minut - to myślę, że może będzie autobus w ciągu tego czasu. Poczekałem z pięć i wróciłem na stację - właśnie odjechało metro, wcale nie osiem, jak się okazało, ta ósemka przeskakuje zaraz na 4. Zajebiście. Spóźniłem się kwadrans. Ale pojechaliśmy, część miała lektury, to zaczęliśmy czytać. Kierowca zgubił drogę i po pół godzinie jazdy znaleźliśmy się znowu w Warszawie. Ale byliśmy na czas. Muzeum Lniarstwa było fajne, ale potem przejął nas przewodnik - jak go określiła pani w pałacu Dietricha, odwieczny prezes pttk, jak zacznie gadać, to nie skończy... No i na to się zanosiło, więc musiałem go skierować na właściwe tory. Wyglądał na zmartwionego, że mu się nie daliśmy wygadać, ale do cholery, mało było czasu. Poszliśmy do knajpy, ja zajrzałem jeszcze do autokaru po teczki z nagrodami - nie wiem po co się fatygowałem, bo dla mnie nie było... Debet jak chuj. Obiad był ok, wracając przeczytaliśmy kolejną książkę zakupioną w lokalnym lidlu i o 18:30 byłem w domu. Wszyscy żałowali, że tak krótko, ale cóż... Wyprawa była naprawdę udana, jednak to, że się potłukłem i nie dostałem nagrody nie nastroiło mnie optymistycznie...

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz