Znowu leje. A wtorki od razu awansują na mój ulubiony dzień. Siedzę od 8:30 do 16:10, a potem jeszcze Zosia... I w domu jestem o 19, świetnie. W przerwie pojechałem na pocztę, wysłałem wreszcie Grzegorzowi kasetę, odebrałem płyty i zjadłem obiad. Bieg pewnie odsunięty w czasie, teatr się wściekł i go nie będzie... Ale za to przyszedł Tomek J. z Janisem w odwiedziny, sympatycznie :) Jutro młoda idzie do szpitala, ciekawe, co jej zrobią z tym palcem, wygląda słabiutko. Mój mały nadal boli, serdeczny już jest prawie ok...

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz