Ależ męczący dzień... Począwszy od pobudki 2:20, bo "chcę się przytulić", po wyrwanie ze snu o 5:40 i natychmiastową zapaść z powrotem i dzikim dzwonku o 6 - wszystko to sprawiło, że wstałem z dużym bólem głowy. Dwie pierwsze godziny to konkurs słuchowy - świetnie, bo lekko i przyjemnie, ale Agnes nie dała mi ani listy, ani nie powiedziała co i jak i z pretensją wyszła, że dzieci nie spisałem... A skąd miałem wiedzieć, że ona nie ogrania, kto przyszedł? Miała to wczoraj ustalić, a i tak nie znalazła wszystkich... Ech... Po lekcjach poleciałem na obiad i do Michała, po czym zaczęła się próba, która trwała zdecydowanie za długo... Ale jest jak zwykle sympatycznie :) Przy okazji wyszedł jakiś konflikt w klasie, znowu coś trzeba wygładzać... Ledwo żyję dziś...

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz