wtorek, 6 grudnia 2016

06.12.2016

Pobudka o 1:20 mnie bardzo zdegustowała, tkwiłem u młodej ponad pół godziny, szlag. Druga część była rano - po odbiorze prezentów z buta i wyjściu Gosi, Kaja nagle opadła z sił i przez 20 minut jadła kaszkę, jęcząc i stękając, mało mnie nie ubiło. Wreszcie wyszliśmy, w ostatniej chwili, na padający śnieg, więc do przedszkola dotarliśmy ze śpiewem na ustach. W pracy zaś moich siatkarzy nie było, więc na lekcji miałem 3 osoby, super. A potem dyrekcja obudziła się z wso, że na jutro potrzebne, więc cała ekipa została postawiona do pionu, bo to wszystko jest źle. Super. W okienkach skoczyłem na pocztę i odebrałem paczkę, wysyłając jedną przy okazji do Wodzisławia. Wróciłem spacerem przez starówkę, bardzo miło. Dwie kolejne lekcje przeszły, poszedłem na obiad, do Kuby i Kajtka i wróciłem w nadziei na święty spokój - ale Maciek odwołał imprezę, bo ma zapalenie krtani po wycięciu migdałków, szlag.  

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz