wtorek, 29 listopada 2016

29.11.2016

Matko, co za dzień... Po odprowadzeniu młodej na czas, ruszyłem do pracy. W okienku skoczyłem po płyty, znowu mam full... Dokończyłem lekcje, poszedłem na obiad i spacer, bo u Kuby pogrom. Na szczęście załatwiłem sobie zastępstwo na pierwszą godzinę dyskoteki, to mogłem zrobić wszystkie zajęcia. Na dyskotece (szlag by ją trafił!) byłem o 18, Kajka robiła furorę. Nie obyło się bez awantury, bo przecież poszedłem na dwie minuty do Marty, zobaczyć ptaszki... Chuj, że stałem potem godzinę i zmywałem, te trzy minuty były ważniejsze... Wróciliśmy odprowadzając Oliwkę do domu, bo opiekunka przyjść nie mogła. W domu jeszcze sterczałem nad zlewem i zmywałem, bo przecież żona robi taki pierdolnik po pracy, ale nie ma siły go sprzątnąć. Kończę poprawiać przewodnik, może do końca tygodnia wyślę go do korekty... 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz