Wstaliśmy koło 9 - znaczy ja, jako przedostatni, ostatnia była Kajka. Śniadanie, część poszła do kościoła (beze mnie na szczęście), spakowaliśmy się trochę, obiad i powrót do domu. Śnieg sypie na zmianę ze słońcem i deszczem, ale droga była spokojna. Po powrocie do domu poleciałem jeszcze do stokrotki, bo przecież wiatr hula w lodówce. Młoda musiała jeszcze odrobić pracę domową, na biegu, pomiędzy kęsami kolacji. Awantura wisiała w powietrzu, oczywiście znowu na mnie, że wrzeszczę, ale ileż do cholery razy można coś mówić? Poszła wreszcie spać o 22:15. Mord w oczach. Mam dość.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz