sobota, 5 listopada 2016

05.11.2016

Koszmarny dzień. Zaczęło się o 2 w nocy - Gosia przejawiła wirusa jelitowego, dawała z dwóch rur na przemian. Do tego młoda wrzeszczała, ze posikała. Do rana tak kilka razy. Wstałem, ogarnąłem młodą, poszedłem po zakupy i miałem jeszcze godzinkę, aby przygotować się do wycieczki - znaczy poczytać coś wreszcie. Dupa, zrób to, zrób tamto... I oczywiście na wycieczkę pojechałem nieprzygotowany totalnie. Zaczęło robić się zimno, w trakcie spaceru zaczął padać marznący deszcz, ale grupa trwała, żeby dokończyć - wykruszały się pojedyncze sztuki. Spacer był trochę za długi, najechałem na inwestorów (ups!), ale mam nadzieję, że było ok. Wieczorem, zmordowany, zrobiłem sobie obiad, Gosi ryż, małej parówki, pozmywałem, posprzątałem nieziemski bajzel, jaki zrobiły, wykąpałem i ogarnąłem Kajkę, podałem pięćdziesiąt rzeczy Gosi i w końcu usiadłem... Padam, a boję się tej nocy.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz