* Pamiętnik z życia - jeden dzień, jedno zdjęcie * A diary of a life - one day, one photo * Tagebuch des Lebens - ein Tag, ein Foto * Diario de la vida - un dia, un foto * Denník života. Jeden deň, jedna fotografia * Дневник жизни. Один день, одна фотография * Diary ya maisha. Siku moja, moja ya kupiga picha
poniedziałek, 20 lipca 2015
20.07.2015
Podróż przeszła jakiekolwiek spodziewania. Ruszyliśmy zaraz po śniadaniu, upał jak piorun, dzieciaki jednak poubierane w dżinsy i buty - oszaleli. Kazaliśmy się natychmiast rozebrać i dobrze, bo przez to, co było dalej, to chyba by wypłynęli z tych grubych ciuchów. Zaczęło się w Czarnogórze: Marek źle skręcił i ruszyliśmy niechcący w góry, w kierunku Nikszicia, na granicę z Bośnią. Tam przejazd malutki, Czarnogórcy przepuścili, mimo, że pogranicznik chciał, aby dać mu wody, a celnik zaczął domagać się jakiegoś papierka i 200 euro kary. Ale poszło bez bólu, na szczęście w Bośni siedziała bardzo miła pani. Ta część Bośni okazała się przepiękna i tak pięknie było aż do granicy. Tu już nie było miłej pani, tylko gość dał wybór: sprawdzamy każdy paszport i trwa to godzinę (a Janek ma nieważny paszport!!!) albo trwa to 5 minut, tylko trzeba posmarować. No to dałem mu 10 euro i puścił. Na chorwackiej granicy z kolei staliśmy z godzinę, bo okienko jedno, a koleja długaśna. ale to tylko przyjemność. W Bośni, w Neum, poszło koło. I tak mieliśmy stawać, więc my poszliśmy do sklepu i sikalni, a kierowcy zaczęli zmieniać oponę - jak po ponad godzinie się z tym uporali, coś pierdolnęło! Pękła poduszka pod przednią osią... O kurwa... No to dawaj robić dalej, na szczęście mieli narzędzia i zapasową poduszkę. Zrobiło się nerwowo, gorąca linia z Warszawą (Maciek), Lublinem (przewoźnik) i Zagrzebiem (biuro lokalne), chciałem załatwić nocleg, bo nie szło już po ciemku naprawiać, hotel wyrzucał nas z parkingu, bo głośno, zresztą sklep zamknęli i nie było zarobku, więc wynocha. Ok. 23 autokar zreperowali, przewoźnik Beatours odmawiał jakiegokolwiek kontaktu i miał to w dupie, każąc kierowcom jechać po 7 godzinach naprawy w 40-stopniowym upale... Ale i tak w pobliżu nie ma miejsc w hotelach... Rodzice dzwonią, dzieci w panice... Koszmar. Kierowcy się przechlapali i dalej więc w drogę. Mam nadzieję, że już będzie ok, ale jest nieprzyjemnie.
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz