czwartek, 16 lipca 2015

16.07.2015

Pobudka nastąpiła za wcześnie, zdecydowanie. Po 8 ruszyliśmy spotkać się z przewodnikiem, trochę nie wiedzieliśmy, czy się znajdzie, ale co tam, dało radę. Już droga do Albanii jest cudowna: wąziutka uliczka pośród skał, gdzie dwa autokary przechodzą na styk - nie wspomnę o tunelu wyciętym w skale, gdzie ledwo mieści się jeden pojazd. Sama Albania to przecudny bajzel. Na wstępie nakupowaliśmy suwenirów w szalenie niskiej cenie, sam dostałem jeszcze trzy koniaki, co ja z tym zrobię? Na drodze żadne reguły nie obowiązują: na autostradzie jadą pod prąd, przepędzają owce, sprzedają suweniry, jeżdżą rowery, przechodzą ludzie... A na rondach jest kipisz totalny. Było śmiesznie. W Tiranie 38 stopni, przeszliśmy główną ulicą, bo nic tam więcej nie ma i ruszyliśmy do Durres, niby na plażę, ale okazało się, że warunki są średnie, więc zostaliśmy tam ze 40 minut i poszliśmy zwiedzać dalej. W czasie plażowania poszedłem sobie po sklepach i nabyłem nieco albańskich piwek do degustacji. W czasie powrotu wściekła klima załatwiła mi zatoki, dramat. Pozbieraliśmy alkohol od dzieci i chyba pora się zrelaksować...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz