środa, 6 maja 2015

06.05.2015

Obudzony o 5:40, dowegetowałem do 6 i pojechałem do pracy... Tam dziwny spokój - zrobiłem jedną lekcję, drugą Breno, a trzeciej... nie było. Za to po lekcjach miałem spotkanie z tatą Gibona w obecności Marty i Robsona i doszliśmy do jakiegoś konsensusu. Ciekawe, czy gówniarz zda... Potem szybko, wśród ulewnego deszczu, pojechałem na Jelonki, zahaczając o dom, aby wręczyć Gosi druki. Ledwo się spotkaliśmy z Patrycją, lać przestało i wyszło piekące słońce. Obleźliśmy w trzy godziny obszar i spotkaliśmy się z panem Andrzejem, rodowitym jelonkowczykiem. Patrycja zgubiła gdzieś aparat, więc zostawiła mnie samego z podchmielonym starszym panem i jego wywodami - na szczęście powiedział nieco fajnych rzeczy. Po pięciu godzinach łażenia wróciłem do domu na obiad, zmordowany strasznie. Jeszcze tylko Krzyś i koniec. Padam.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz