sobota, 28 czerwca 2014

28.06.2014

Co za dzień!  Z Martą umówiłem się po odbiór kremu po 10. Oczywiście, zadzwoniła już o 9, że ona jest gotowa i może przybyć. Kurde, a ja dopiero po śniadaniu, zabieram się za golenie głowy... Musiała poczekać, choć dzwoniła w międzyczasie, czym niezwykle mnie wkurzyła. Ok, dałem jej krem, pojechałem wydrukować parę rzeczy do pracy i skoczyłem na metro Wilsona, aby odebrać nagłośnienie od Katarzyny. Umówiła się ze mną o 11 pod powierzchnią na rogu Słowackiego i Mickiewicza. 11:20 i jej nie ma... Czekała na powierzchni... Jak sobie uprzytomniła, to zeszła i drze ryja: 'hahaha, bo ja mam problem z lewo-prawo i pod-nad'. Jezu, co za obciachowa osoba... Zabrałem sprzęt i uciekłem, przygotowywać się do wycieczki. Zaczęła się o 15, przyszło ze 20 osób, to schowałem nagłośnienie do wozu i jechałem na żywca. Po godzinie spaceru zaczęła się burza i na Skierniewickiej się skończyło. Lunęło tak, że nawet ci twardzi zwątpili. Trochę szkoda... Ale co tam. Zamiast wycieczki pojechałem do Wola Parku, zjadłem coś i wykorzystałem zniżkę do Douglasa. Teraz staram się przygotować do jutrzejszej wycieczki, napisać raport i obejrzeć mecze. Ufff. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz