Jak szliśmy z młodą do przedszkola śmialiśmy się, że powódź - rzeczywiście, pękła rura i po pół godzinie Gosia musiała po nią iść, bo awaria. A na Oławskiej był alarm bombowy - jakiś sądny dzień :) W pracy przeszło, choć czuję się słabo z okazji przeziębienia. Ale jeszcze w okienku poleciałem po płyty - kolejne kilkanaście sztuk. Po powrocie do domu zebraliśmy się na wykład szkoły rodzenia - to znaczy Gosia poszła, a my w tym czasie załatwiliśmy spodnie i bibliotekę, stojąc w korkach i kręcąc się po Woli. Humor był super, Kajka chichrała jak dzika, ale przeszło nam po ponad godzinie czekania pod szpitalem. W domu byliśmy koło 21, padnięci. Rety.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz