Zamiast iść na 9:45, zostałem zawezwany na rano. Nie wiem, po co przyjechałem, bo 6s na pierwszej lekcji nie było, więc mogłem spać godzinę dłużej... Ale ogólnie miałem trzy zastępstwa i dwie swoje - coś mi się zdaje, że będzie słodko... Zastępstwa spędziłem na boisku, bez jaj, co ja jestem. Po wszystkim poleciałem na pocztę odebrać paczki, zdążyłem oblecieć żydowski na niedzielę - może się uda coś z tego wykrzesać... Wróciłem przez Sajgon, zdążyłem zjeść i odpocząć kapkę i ruszyłem po Kajkę z opóźnieniem - Maciek miał przygotować akcję... Zarzucił ją prezentami, bo musiał przebić Wojtka. Młoda dostała zatem od absztyfikanta bransoletkę, okulary przeciwsłoneczne, pierścionek i serduszko. Zwariuję. Idę spać, bo jutro ciężki dzień...

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz