Co za syf... Katar mnie morduje, gardło ciągle boli... Dobrze, że lekcje jakoś przeszły - na jednej test, drugiej nie było, więc jakoś dotrwałem. Odebrałem młodą z przedszkola, oczywiście wśród kwików, że za wcześnie i ona chce się jeszcze pobawić, że jeszcze z Olgą na placu zabaw, a tu przecież zaraz Kuba przychodzi. Oczywiście, jak zrobiłem sobie obiad, to skubaniec przylazł: 20 minut za wcześnie... Nie zdążyłem zjeść, chyba byłem wściekły... Żona wróciła ze szkolenia, poszliśmy w sumie spać szybko. Nie mogę oddychać, szarpie mnie, nie mogę... A jutro znowu koszmarny piątek...

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz