środa, 12 października 2016

12.10.2016

Wstałem o 4:30 - ledwo. Wojtek już godzinę później podjechał po mnie i ruszyliśmy na Okęcie. Wszystko poszło sprawnie, po 40 minutach od startu byliśmy już w Gdańsku i poznaliśmy naszego przewodnika. W sumie, to ja mogłem im więcej powiedzieć o mieście, niż on, ale co tam. Już w autobusie, kiedy jechaliśmy do miasta, myślałem, że część pomorduję. Ja nie wiem, że ludzie ich nie zlinczowali - albo mnie. Obeszliśmy starówkę gdańską z muzeum bursztynu i wieżą kościoła mariackiego, zjedliśmy obiad i po czasie wolnym skoczyliśmy jeszcze na Stogi na plażę. Na szczęście nie padało, choć upału nie było - wyciągnąłem zimową kurtkę. Po opieprzu starali się już hamować w komunikacji, choć parę kwiatków jeszcze wyskoczyło. Jako, że mieliśmy trochę czasu, zaprowadziłem ich jeszcze pod stocznię i wreszcie wróciliśmy. W domu byłem o 22, odwiozła mnie tym razem mama Poli. Padłem.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz