wtorek, 10 marca 2015

10.03.2015

Co za dzień... Wstałem o tej szóstej i zamiast śniadania przyjąłem lewatywkę... Pojechałem tramwajem do Cepeleka, a tu okazało się, że wizyta była... wczoraj. Szlag mnie trafił, ale idę do lekarza i mu tłumaczę, że to jakiś żart. Powiedział, że mi pomoże, czemu nie, mam iść po numerek - dzięki temu wbiłem natychmiast :) Kazał usiąść, pochylić się i zwyczajnie wyciął co trzeba. Tyle. Koniec. Wprawdzie ledwo dolazłem do domu z opatrunkiem gdzieniegdzie, ale mam wreszcie spokój. Dziewczyny poszły do lekarza i na spacer, ja zrobiłem obiad i pojechałem się przejść po Śródmieściu, ale zdążyłem tylko przejść pół trasy spaceru. Odebrałem pakę z poczty i skoczyłem do Nikodema na zajęcia. Za to Gosi uczennica przegięła, siedziała do 20:20, Kajka była tak zmęczona, że ryk był na zawołanie... Skończyłem wreszcie Powiśle - zostały tylko dwa spacery!

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz