czwartek, 11 lipca 2013

11.07.2013

Co za dzień... Obudziłem się 7:20 i koniec. Musiałem wstać. Zrobiłem pranie, śniadanie i pojechałem załatwiać rzeczy. Najpierw wypisałem małą z domu dziecka, potem przez Arkadię i zakupy pojechałem na Bemowo do urzędu. tu okazało się, że to nie tu i wysłano mnie na Wolę. Okazało się, że tu też nie za bardzo, a przy okazji zobaczyłem złą datę urodzenia - na szczęście okazało się, że to nie data urodzin, tylko wydania aktu urodzenia... Ufff, ale 20 minut z głowy. Korzystając z tego, że już jechałem na Grochów, skręciłem na Ochotę i tam wreszcie załatwiłem papier - do odebrania po powrocie. Potem już na deser obiad w Curry House, gdzie spotkałem Lidkę z bratem i mamą i wróciłem się pakować. Jutro jazda do Włoch...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz