Z rana (znowu spóźnieni), trafiliśmy do szkoły. Tam były wywiady plus zaległe prezentacje, aż wreszcie nastąpił gwóźdź programu: wyprawa do Povoa de Lanhoso. Kilka godzin na tyrolkach, linowych parkach i ze paintballem. Dzieciaki miały wypas, choć trwało to bardzo długo, bo tylko dwie osoby były do obsługi. Ale zmęczeni i szczęśliwi trafiliśmy znowu późnym wieczorem do hotelu i domów. Zamęczą nas tu. Prigkita powoli staje się pośmiewiskiem, bo każdy cieszy się w kułak, kiedy ona wchodzi ze swoimi pytaniami i kłopotami... Co za baba...

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz