niedziela, 19 listopada 2017

19.11.2017

Znowu bezsensowna pobudka o 7 - żonie nic to nie dało, bo wiedząc, że musimy być o 11 u Kasi i Tomka, zajęła się... pucowaniem łazienki. Rezultat był taki, że pół godziny się spóźniliśmy. Było sympatycznie, posiedzieliśmy dwie godzinki i zmyliśmy się na obiad - który oczywiście zrobiłem. Tja. Dobrze, że chociaż wróciliśmy na piechotę. Jeszcze musiałem lecieć do sklepu, bo zabrakło podstaw, ledwo wyrobiłem z kasą tak, żeby zostało na jutro na obiad... Matko, wykończę się. Obejrzeliśmy skoki - nasi nieźle wypadli, spoko. Jak mi się nie chce... Ale piszę Moko, jestem na dobrej drodze - prawie przebrnąłem najtrudniejsze :)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz