piątek, 31 października 2014

31.01.2014

Co za męczący dzień! Rano oddałem Korsarza do warsztatu z nadzieją, że jednak szpital, a nie kostnica. Pojechałem autobusem do pracy na spotkanie z mamą Ewy, zrobiłem lekcje - w tym godzinę wychowawczą, dzięki której mogę być dumny z siebie i z tego, co udało mi się z klasą osiągnąć. Potem obiad w 21 z Moniką i Jolą znowu, awantura, bo mama nie chciała rzucić wszystkiego i przyjechać natychmiast pilnować Kajki w nocy, żebyśmy poszli na imprezę... Głupie fochy. Zrobiłem zajęcia, odebrałem Korsarza, bo okazało się, że to drobiazg za 125 złych, zrobiłem zakupy, przyjąłem na klatę kolejne gorzkie żale i jutro znów święto zmarłych.  

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz