czwartek, 23 października 2014

23.10.2014

Ledwo się w końcu wyrobiłem na tą 8:45 - nie było gdzie zaparkować, sikać mi się chciało, nie miałem biletu... W końcu zdążyłem, a i tak dwie osoby - z rodzicami co najśmieszniejsze, się spóźniły. Po długiej podróży metrem, tramwajem i autobusem wreszcie dobrnęliśmy do Falenicy i pan Robert nas odebrał. Dzieciaki bardzo się w tę świątynię buddyjską wkręciły, aż naprawdę miło było popatrzeć. Wprawdzie zaczęli rozrabiać ci, po których się tego nie spodziewałem, ale trudno. Wyszliśmy stamtąd po 14, wróciliśmy dość szybko, ja jeszcze poleciałem do kerfjura po zakupy, a szwagry przybyli po 19 - bo przecież łazili po sklepach. Wypiliśmy z Łukaszem po dwa browki i poszliśmy spać. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz