sobota, 9 sierpnia 2014

09.08.2014

Mieliśmy jechać zaraz po śniadaniu - owszem, ruszyliśmy o 11... Droga nieco pełna, bardziej w drugą stronę, ale ku Warszawie też zmierzały tłumy. Gosia wpadła raz w panikę, jak lekko się gibnąłem, bo mnie jeden baran w Benzie wściekł, bo leciałem 140, a ten mnie szalał z tyłu, żeby go puścić - z lewej, z prawej, mało nie wyskoczył z siebie debil. I tak się zagapiłem, że wjechałbym na sąsiedni pas :) Wjeżdżam na parking, a tu... parkingu nie ma. Przez najbliższy miesiąc, kurde. Po przyjeździe obiad, zakupy, krótki spacer, zwycięstwo Majki w TdP, powtórka przed jutrzejszą wycieczką, szaleństwa z Kajką i fajrant...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz