Niby się spieszyliśmy, a z Kajką spaliśmy do 8:10, fajnie. Przez co potem biegiem: śniadanie, do wozu, do ortopedy - wszystko w porządku, więc do domu... Pojechałem wreszcie do pracy, moi znowu narozrabiali. Ech... Potem rada, i znowu okazuje się, że wszystkie dzieci są wzorowe albo bardzo dobre... Ciekawe. Wróciłem, odwożąc Agnieszkę i wstępując do Sajgonu na obiad. Zdążyłem, posiedziałem z marudzącą i jęczącą Kajką, która nic nie chce ostatnio jeść. Zdenerwowała mnie parę razy porządnie...
[*] Tego ranka zmarła Marilyn - miała 59 lat, to miało być tylko zwichnięte biodro, okazało się, że to rak wątroby i płuc. Kilka dni temu z nią rozmawiałem o kolejnym projekcie... Pamiętam jak się cieszyła, że zostanie babcią... Miała przecież tyle energii i uśmiechu...

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz