wtorek, 16 lutego 2016

16.02.2016

O matko... Wstałem godzinę wcześniej, ale Kajka obudziła się gdzieś koło 7 - próbowałem ją us;pić, ale nie dało rady - straciłem tylko 10 minut, co miało duże znaczenie. Wyrobiliśmy się do wyjścia z lekkim poślizgiem, tak, że 186 nam uciekło znad Obozowej. Następne przyjechało za 10 minut, ale korek był potężny i niby według rozkładu, autobus jedzie do Trojdena 18 minut, ale... Wysiedliśmy o 9:00. 500 metrów na barana i jesteśmy w kampusie Uniwersytetu Medycznego. Zwolniłem, bo przecież już jesteśmy, ale tu okazuje się, że dupa, ciężko znaleźć właściwy budynek! Był, za tymi z przodu, a każdy ma inny adres, a nawet ulicę. Super. W każdym razie pod gabinetem byliśmy minutę przed czasem. Uf. Pani profesor nas opieprzyła, że jej tyłek zawracamy bzdetami, kazała iść na ekg i echo - w gruncie rzeczy spędziłem w tym szpitalu dwie godziny, młoda latała po korytarzu z rówieśnikami, przeszczęśliwa, ale na badaniach była wzorowa. Ze szpitala pojechaliśmy sobie do szkoły i zrobiliśmy podmiankę - Gosia uszła, a ja zostałem na lekcjach. Plan się zmienił, co nie do końca ogarnąłem dla klasy, mnie też w czwartek, średnio... Lekcje przeszły, bo robimy grupowe zadanie, po obiedzie okazało się, że nie ma nikogo na kółko, więc skoczyłem po płyty do centrum i wróciłem przez Chmielarnię i sklep. Padam na pysk, ale uzupełniam discogs i dostałem korektę tekstu.   

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz