czwartek, 6 grudnia 2012

06.12.2012

Mikołajki to niezwykle intensywny dzień pełen wrażeń. Gosia ucieszyła się z nowej Musierowicz, a ja ucieszyłem się z dobrej myszki i galotów od Beckhama :) Jako prezent miałem nie mieć lekcji, a tylko pojechać do Wilanowa do pałacu na sztukę z moimi kochanymi dzieciakami. Wszystko było ok, Cyryl się pilnował. Wprawdzie Marta ze swą klasą się spóźniła 10 minut i uciekły nam 2 autobusy, ale to nic w tych okolicznościach. Zdążyliśmy wsiąść do 116, a Kinga (któż, jak nie Kinga?) zaczęła wrzeszczeć, że zostawiła plecak (w środku telefon, pieniądze, klucze i cała reszta) na ławce przystanku. Szlag mnie trafił, wysiadłem z autobusu i kazałem im jechać z Martą. Nie doszedłem na wcześniejszy przystanek, a okazało się, że ta cholera plecak znalazła... Szlag trafił mnie większy. Zatem do metra, w centrum tramwaj i zdążyłem oczywiście na to samo 116 przy pl. de Gaulle'a. Spóźnialiśmy się. Próbowałem się dodzwonić do pani z Wilanowa, ale telefon okazał się błędny - spóźniliśmy się z 15 minut. Pani miała słuszne pretensje, ale zaczął się występ - kurde, pantomima. Dzieciaki średnio rozumiały - no, oprócz Maurycego i Janka, bo nic nie widzieli z tylnego rzędu, więc usiedli mi na kolanach i mogliśmy cichutko komentować. Przedstawienie trwało 45 minut, wyszliśmy, zapłaciliśmy i zaczęliśmy odwrót. W 116 najpierw jedną z dziewczyn z 5s napadł starszy pan i wyrwał jej bułkę, po czym na Żoliborzu zaczął się pytać wszystkich o papierosy. A Paulina została obdarowana przez pewną starszą panią czekoladkami - ot tak, bo pani miała kaprys :) Wprawdzie Paulina się wzbraniała, ale, za namowami, przyjęła :) A na rondzie de Gaulle'a jakaś pinda zajechała nam drogę i musiałem się ostro łapać, dzięki czemu kark boli mnie jak cholera. Wróciliśmy do szkoły, zostało mi fotokoło i wróciłem - czwartek pełen wrażeń.  

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz