niedziela, 15 września 2013

15.09.2013

Udało się spać do 7! Super. Mieliśmy wyjechać o 9, ale naturalnie Gosia się nie wyrobiła i wyruszyliśmy z pół godzinnym poślizgiem - nie ważne, do Kałuszyna jedzie się ok. 30 minut. Może i tak, pod warunkiem, że w Jabłonnie nie natrafisz na peleton ok. 100 kolarzy... Przez ten czas Gosia, w związku z bólem krzyża, wymyśliła sobie raka trzustki. Parodia. Dojechaliśmy na czas, ochrzciliśmy Lilę - ja znów się wyrwałem z mszy i poszedłem na spacer w pola z Kajką, pojechaliśmy na obiad do Carskiej w Legionowie i zakończyliśmy wieczór już w Kałuszynie. Jeszcze tylko papierki... 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz