piątek, 20 maja 2016

20.05.2016

Od rana zapiernicz - mieliśmy spotkać się na stacji metra, ale jedni byli już w szkole, innych jeszcze nie było... Nie nadążę za nimi. Jednak wszyscy dotarli na czas i obejrzeli 'Czerwonego Kapturka', w którym miałem grać, ale nie dało rady. Po sztuce była olimpiada, pogoda zrobiła się jak drut, piękny skwar, więc część się snuła po boisku. Ale wyszło całkiem nieźle. Potem basen - tym razem Richard dał ciała, bo zamknął ciuchy nie w tej szafce, co potrzeba... Turcy, choć pływać nie umieli pływać, zupełnie nie chcieli wychodzić z wody - nie tylko oni zresztą. Jeszcze lunch, przyroda i rozdanie certyfikatów i... pojechaliśmy do fotoplastikonu. Tu dałem trochę dupy, bo się z panią nie zrozumieliśmy i wydała inne paragony, niż trzeba, przez co dla Turków i Anglików nie starczyło - mężnie wzięli 20 zł na klatę. Zeszło nam się tam trochę dłużej, bo jak Turcy wpadli do sklepiku z ozdobnymi piernikami, to wyszli z niego po pół godzinie. Wróciłem do domu na godzinkę i poleciałem do Fret-a-Porter na obiad. Kurwa, za kaczkę i dwa piwa zapłaciłem 120 złych, co za cena? O 21 musieliśmy wyjść, aby zająć lepsze miejsce przy fontannach. Pokaz okazał się lekko tandetny, ale goście byli zachwyceni absolutnie. Poszliśmy na piechotę do hotelu, było naprawdę pięknie, miasto podświetlone, aż Maurizio, Hikmet i Ayse się zgubili - nie zdążyliśmy się nawet pożegnać, za co przepraszali... W domu byłem koło 24. Uffff....  

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz