sobota, 14 maja 2016

14.05.2016

Bardzo ładnie się wyrobiliśmy z walizkami i śniadaniem, powrót minął szybko i w sumie byłoby super, gdyby nie to, że jeden się posikał pod koniec... Jechaliśmy dwie godziny od postoju, miał iść się wysikać, nie wysikał się. Pod sam koniec na S8 zaczął jęczeć, Kasia powiedziała, że nie ma się tu gdzie zatrzymać, a on jakoś bardzo przekonujący nie był... No i jeszcze Włodek pomylił zjazdy i straciliśmy ze 20 minut... Cały dobry nastrój szlag trafił, mam kaca moralnego, bo w sumie można było się na upartego gdzieś stanąć, ale E nic nie mówił... Ech... Jeszcze poszliśmy do szkoły i Gosia drukowała rzeczy na jutrzejszy festyn. Zostawiły mnie z tysiącem bagaży i poszły sobie, mało mnie szlag nie trafił. Wydrukowała, wróciliśmy z jakimś beznadziejnym taksówkarzem do domu i jeszcze musiałem iść do sklepu, bo jutro przecież święto. Teraz relaksik przy browku, a Gosia lepi kartki z szyframi na jutro. Się zacznie...Tym bardziej, że pogoda się zepsuła.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz